Niedziela zapowiadała się słonecznie. Przed południem 10 maja wybraliśmy się kilkoma autami do Łodzi na zaproszenie tamtejszej Wspólnoty OCDS, której patronuje św. Tereska. Podróż minęła nam szybko wśród pięknych okoliczności przyrody wzdłuż trasy A2. 

Niewielka w porównaniu z naszą wspólnota łódzka zaprosiła nas do pomieszczania piwnicznego w klasztorze Karmelitów, gdzie mieściła się kaplica. Chłód pomieszczenia był bardzo “na miejscu”, bo południowe słońce na placu przed kościołem niektórym już dało się we znaki. Nowi ludzie, a jednak tacy bliscy przez modlitwę i w modlitwie. Nowe miejsce, surowe i skromne, przepełnione obecnością Jezusa w Przenajświętszym Sakramencie. Poczuliśmy się jak pierwsi chrześcijanie w katakumbach. Ojciec Krzysztof – asystent OCDS w Łodzi – nawiązał podczas kazania także do Wieczernika, gdzie Apostołowie czekali na zesłanie Ducha Świętego, a właśnie czytania mszalne nawiązywały do tych wydarzeń, które za kilka dni będziemy celebrować w Kościele. Przekonaliśmy się, że Duch Boży zgromadził nas wokół jednego stołu, abyśmy mogli być wiecznym darem dla siebie.

Po Eucharystii przeszliśmy do salki na agapę. Poznaliśmy wszystkich zebranych Członków łódzkiego OCDS, częściowo ich historię powołania, a wśród gwarów nad przepysznymi kanapkami i ciastem dowiedzieliśmy się o ich radościach i troskach, spowodowanych m.in. małą liczebnością członków aktywnych. Po agapie poszliśmy wszyscy do kościoła, aby odmówić Nieszpory oraz odśpiewać Litanię Loretańską – w końcu mamy maj – i Apel Jasnogórski, bo zbliżał się powoli wieczór. Mogliśmy cały czas podziwiać ogromną mozaikę za ołtarzem – nawiązującą swoim stylem do wczesnochrześcijańskich bazylik rzymskich – z postacią św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus na rękach, oraz kolorowe witraże z zapisaną na nich Historią Zbawienia. Św. Józef przywitał nas także w ogrodzie, gdzie zrobiliśmy zdjęcie; zrobiliśmy takie również w kościele parafialnym i przy rzeźbie naszego patrona św. Rafała Kalinowskiego. Ot, na pamiątkę naszego spotkania. W końcu przyszedł czas na pożegnania, uściski, bo przecież “wszystko zostaje w Rodzinie”.

Powoli, auto za autem, ruszyliśmy trasą A2 i… utknęliśmy w gigantycznym korku. Kiedy kierowcy zaczęli tworzyć korytarz życia okazało się, że doszło do wypadku z udziałem kilku samochodów. Od razu w ruch poszły Różańce i Koronki do Miłosierdzia w intencji poszkodowanych. W ciągu 3 godzin przymusowego postoju poświęciliśmy czas na modlitwy, przechadzanie się wzdłuż jezdni, czasem wszerz, odwiedzając się nawzajem w autach, nawet na naukę angielskiego. Informacje internetowe przewidywały postój do godziny 21. W końcu jednak otwarto jakąś drogę w bocznym płocie przed węzłem i ujrzeliśmy w niej jedyną szansę na ucieczkę z korka. Szybka wymiana informacji z jadącymi innymi wozami i już mkniemy w… nieznane. Maryja jednak czuwała nad nami, bo większą część szutrowej drogi znaczyły jej kapliczki – jak drogowskazy. Niestety nie wszyscy od razu trafili na to rozwiązanie, była też konieczność tankowania, ale i tak w końcu szczęśliwie dotarliśmy do domów, tyle że już w nocy. Niedziela skończyła się pod gwieździstym niebem. Moc wrażeń i doświadczeń wspólnoty w radościach i troskach – będzie co wspominać.