W wigilię Uroczystości Wniebowzięcia NMP zaplanowaliśmy – jak co roku – składanie ziół i kwiatów w wiązanki, które potem wierni i przyjaciele Kaplicy na Racławickiej święcą podczas sprawowanych przez Ojców Mszy Świętych i zanoszą do domów własnych, do rodzin i przyjaciół.
Tym razem mieliśmy mniej czasu – dzień nie dla każdego był wolny. Właściwie przygotowania ruszyły przed 16:00, trochę na lekkim spontanie, bo okazało się, że nasza salka jest przemeblowana i trzeba ustawić stoły, aby pomieściły zielone zasoby. Dalsza praca uzależniona była od dowiezienia “materiału” do bukietów. Niewielka ich część od Marka, Rafała i Gosi czekała w salce, ale gros dowieziono nieco później: złociste nawłocie i wrotycze, wrzosy, ozdobne trawy, jakieś białe kwiateczki oraz takie naręcza kwitnącej mięty, że od razu sala wypełniła się jej zapachem. Lucynka dostarczyła też przepiękne hortensje ze swojego ogrodu do bukietów pod ołtarz główny i do kaplicy Matki Bożej Miłosierdzia. Zanim zaczęliśmy się modlić, powstało niewielkie zamieszanie, bo nie mogliśmy zaleźć ceraty, aby osłonić stoły. Zrządzeniem losu, po remoncie kaplicy zostały jeszcze folie ochronne, więc je pożyczyliśmy od braci. Potem szukaliśmy wazonów do kwiatów pod ołtarze, uruchamiając ojca Michała i brata Piotra, którzy, jak zwykle pomocni i weseli, zaradzili naszym “zachciankom”.
Po modlitwie praca ruszyła już pełną parą. W sumie krzątało się przy kwiatach kilkanaście osób, cały przekrój wiekowy i stażowy wspólnoty. Śmialiśmy się nawet, wymyślając nazwy dla tych grup, jak dla stanowisk w korpo np. starszy (bo już nie młody wiekiem) kandydat na kandydata. I jak to w pracy, najpierw był instruktaż Sławka, jak wiązać zioła, aby bukiet się nie rozpadł. Gdy wspólnota uwijała się przy swoim zadaniu, Lucynka z moją skromną pomocą mocowała się z hortensjami, które zapadały nam się w dostępnym wazonie. Znów pozostałości po remoncie pomogły nam wypełnić naczynie tak, aby podnieść łodygi kwiatów i pokazać ich bladoróżowe piękno. Za to gdy wniosłyśmy gotowy bukiet do kaplicy, włączył się alarm. Na szczęście brat Piotr był w pobliżu, bez niego nie da się w kaplicy obejść. Myślałam, że nie wyrobimy się przed 19, ale się myliłam. Jeszcze nigdy tak sprawnie nie sprzątaliśmy. Nadmiar zieleniny został zabrany przez osoby z samochodami, podłoga wymieciona, pająki… zostały na miejscu. Spokojna już, acz spontaniczna modlitwa zakończyła nasze wysiłki. Wiązanki wyglądały naprawdę ślicznie. W dniu Uroczystości sprzedawaliśmy je już z większym spokojem i radością.







